| High Voltage | ||||
|
AC/DC – „High Voltage"
Kiedy zabierałem się za pisanie tej recenzji myślałem, że stworzę coś na miarę „Mojego Autorytetu”, rozwodząc się godzinami nad tym, co tak naprawdę bardzo mocno ukochałem. Choć „High Voltage” nie jest Bonem Scottem, to ze wszystkich płyt AC/DC mówi o nim chyba najwięcej. Jestem człowiekiem, który kiedy wie, że coś zajmie mu dużo czasu, odkłada to i przeciąga do granic możliwości. Pomyślałem więc, że po prostu do recenzji podejdę nieco inaczej – napiszę ją ogólnikowo i orientacyjnie czyli tak, aby każdy czytelnik był zadowolony (maniacy i pasjonaci – musicie kopać na własną rękę). AC/DC w roku 1976 było zespołem już stosunkowo znanym w Australii. Ich pierwszy krążek, „High Voltage” (który z omawianym ma mało wspólnego) sprzedał się wówczas w liczbie ok. 50 000 kopii, a kolejny o tytule „T.N.T.” dwukrotnie lepiej. Z tak wysokimi aspiracjami jakie bracia Young mieli od zawsze, nie było dla nikogo zaskoczeniem, że AC/DC zamierza teraz uderzyć dalej. Tak świetnie sprzedające się krążki początkującego wtedy zespołu były tak atrakcyjne dla młodych ludzi głównie dzięki fantastycznie rozegranej strategii marketingowej pana Chrisa Gilbeya – zainteresowanych kulisami odsyłam do chociażby dostępnej nawet na naszym rynku książki „Maksimum Rock’n’Rolla”. Niezwykle atrakcyjny (nie pod względem finansowym, ale pod względem możliwości) kontrakt zespołowi zaproponował niejaki Phil Carson, który ze wzgląd na uroki Carol (siostry Browninga) postanowił podpisać z zespołem kontrakt na płytę w Wielkiej Brytanii. To nie jedyna zasługa niezwykle oddanego, byłego managera zespołu, Michaela Browninga. To przecież on zaplanował pierwszą brytyjską trasę zespołu – ale żeby mnie nie poniosło wracamy do krążka. Okładka płyty to Angus Young stojący na środku obrazu, w pełnym uniformie uczniaka, trzymający gitarę i wystawiający język, który zdaje się wrzeszczeć „czadu!!!”. Ang’a trafia wielka, żółta błyskawica pod wpływem której okładka w lewym dolnym rogu zaczyna płonąć. Ponieważ Gerard Huerta miał jeszcze dobry rok na wymyślenie ostatecznego logo AC/DC, to logo zespołu i tytuł krążka wyglądają zupełnie inaczej od tego, co dziś znamy. Niemniej jednak prezentują się bardzo przyjemnie i często możemy znaleźć przypinki czy naszywki z tym właśnie logo. Równie ciekawy jest tył okładki, na którym znajdziemy fałszywe listy od fanów do zespołu, w tym jeden szczególnie ciekawy do Bona od Helen (ciekawskich a nie wiedzących zachęcam do kupienia płyty). Było to kontynuowanie skutecznego zabiegu reklamy Gilbeya. Najwyższa pora jedynak wyjąć krążek i zobaczyć co Panowie mają nam do zaoferowania. Wcześniej jednak zaglądnijmy na ledwie zmieszczoną na tyle okładki tracklistę. Mamy tutaj bowiem składankę z poprzedniej płyty „High Voltage” wydanej tylko w Australii i T.N.T. również znanej tylko na tamtym rynku. Żeby było zabawniej, większość materiału pochodzi z drugiego albumu AC/DC, a z australijskiego „High Voltage” zaledwie dwa numery (oba poświęcone żonie Bona, „She’s Got Balls” oraz „Little Lover”). Również piosenka tytułowa pochodzi z płyty „T.N.T.” gdyż zespół wpadł na ten numer praktycznie zaraz po wydaniu australijskiej wersji „High Voltage”, co zresztą doprowadziło do sympatycznej furii Gilbeya. Nie mamy więc tu ani krztyny nowego kawałka. Zaczynamy od hymnu Bona Scotta czyli „It’s a Long Way to the Top (If You Wanna Rock’n’Roll)”. Fantastyczny numer w którym połączono rock’n’rollowe gitary z klasycznymi szkockimi kobzami. Zabieg niemożliwy? A jednak, dla Malcolma i George’a nie ma rzeczy niemożliwych. Żeby było śmieszniej – Bon został poproszony o zagranie na kobzie gdyż wszyscy wiedzieli, że grywał kiedyś w pewnej orkiestrze w Szkocji. Nikt jednak nie zadał sobie na tyle trudu żeby zapytać Bona o to, jak to było naprawdę. Otóż moi drodzy Państwo – Scott nigdy nie grał na kobzie, a we wspomnianej orkiestrze był… doboszem. Piosenka ta jest więc kolejnym dowodem na to, jak niesamowicie utalentowanym muzykiem był Bon. Lirycznie utwór również został wymyślony niemal na poczekanie przez wokalistę zespołu. Opowiada o tym, co męczyło każdego, kto kiedykolwiek grał w zespole rock’n’rollowym i osiągnął jakikolwiek sukces: obrabowany, naćpany, pobity, wykorzystany i kiepsko opłacany – taki właśnie swój los już w ’76 roku poznali członkowie AC/DC. O samym teledysku, który jest fantastyczny a kosztował zespół śmieszne pieniądze, można napisać wiele, ale to również zostawmy sobie na inną okazję. Choć wydawałoby się, że „Rock’n’Roll Singer” to utwór napisany przez Bona i doskonale go opisujący, to jednak nic bardziej mylnego. Piosenkę tą zespół grał już z Davem Evansem. Lekka, prosta, przyjemna nuta której tekst opowiada o marzeniach człowieka, który chciałby zostać rock’n’rollową gwiazdą, a gardzi atutami stałej pracy. Już wtedy słysząc gitary, dobrą sekcję rytmiczną i przede wszystkim pełny pewności siebie głos Bona krzyczącego „I can see my name In lights and I can see the queues” mogliśmy być pewni, że ci panowie zajdą daleko… Ponieważ chłopcy więcej niż alkoholu mieli tylko kobiet, często zdarzały im się z tego powodu przykre niespodzianki. Choćby wtedy, kiedy Malcolm dostał list od jednej z pań z pretensjami, że zaraził ją chorobą weneryczną. Znam przynajmniej dwie wersje tego, co się dalej działo i okazało, nie zmienia to jednak faktu, że właśnie wtedy Mal i Bon zaczęli jammować numer o tym, że „ona ma syfa”. Choć po chwili jamu numer poszedł w zapomnienie dla Malcolma, to jednak Scottowi utknęło to w pamięci na dłużej (zapewne przez większe doświadczenie z tematem piosenki). Tym sposobem kiedy na próbie grali zupełnie inny numer, Bon znów zaczął śpiewać „She’s Got the Jack”. W ten sposób powstał utwór, który fantastycznie zakamuflował faktyczną treść piosenki. Podczas gdy wersja ocenzurowana znajdująca się na omawianym krążku opowiada o tym, jak to Bon gra z jakąś panią w karty i okazuje się, że rywalka ma waleta, to wersja odgrywana przez zespół live diametralnie zmienia swój tekst na zdecydowanie bardziej dosadny „She gave me Her mind, She gave me Her body, but it seems to me, that she gave it to anybody”. Również i z odgrywaniem tej piosenki wiąże się wiele ciekawych anegdot – zachęcam do poszukiwań. Gitara w tym utworze jest bardzo ciekawa, choć kojąco-bluesowa, to jednak z ostrym pazurem. Głos – niezawodny. Tajemniczy wstęp basowy i spokojna gitara + obietnice satysfakcji seksualnej? To musi być „Live Wire” – typowy numer, który potwierdza zasadę głoszoną przez muzyków, a więc „utwór może zaczynać się powoli, ale musi przyśpieszyć!!”. Bardzo chwytliwy refren, przyjemny do nucenia pod nosem tekst opowiadający o pełnym energii Bonie, który wyśle każdą panią do nieba, po czym zabierze do piekła. Piosenka nr 5 to legendarny już numer „T.N.T.” z niezwykle chwytliwymi chórkami, które fantastycznie sprawdzają się na koncertach. Zespół znowu odgraża się swoimi możliwościami i tym, że lepiej pozamykać swoje córki, żony i drzwi w domu, kiedy wjeżdżają do miasta. Bon po raz kolejny jawi nam się jako przerysowany w karykaturalny sposób twardziel, a sekcja rytmiczna znów nie zawodzi. Tak mocne przyspieszenie pod sam koniec utworu to również zabieg, który zdarza się bardzo rzadko i na który warto zwrócić uwagę. „Can I Sit Next To You Girl” to bardzo przyjemny, szybki numer. Świetna gitra i fantastyczny wokal – Rudd jak zwykle trzyma tempo, Evans nie jest w niczym gorszy od Williamsa, więc efekt jest bardzo dobry. No i tekst świetny do podrywania groopies na scenie podczas koncertu więc pole do popisu dla niezawodnego. Choć Bon jak zwykle zaczepnie nie raz twierdził, że „Little Lover” jest o Angusie, który jest najmniejszym i najbardziej szalonym kochankiem jakiego zna, to chyba nikt z nas nie ma wątpliwości, że jest to świetna opowieść o tym, jak to Scott, będąc nikim, poderwał nieśmiałą i zmysłową fankę innego zespołu. Malcolm produkował riff pod „Little Lover” podobno 12 lat. Efekt w każdym bądź razie jest fantastyczny – utwór jest jedyny w swoim rodzaju. Wspomniany w tym utworze jest również Gary Glitter i firma Coca Cola. O piosence „She’s Got Balls” bardzo ciężko jest mi wypowiedzieć się obiektywnie. Jest to mój absolutny faworyt wśród wszystkich numerów AC/DC, a do tego miałem w życiu kilka historii z nim związanych. Niemniej jednak postarajmy się skupić na interesujących nas faktach. Piosenka ta została napisana przez Bona Scotta dla swojej ukochanej żony Irene (na jej własne życzenie), której jednak niezbyt przypadła do gustu i niedługo później rozwiodła się z nim. Dość toporna, „marszowa” muzyka, jest nadrabiana przez fantastyczny tekst i wokal frontmana zespołu. Oczywiście tytuł należy traktować jako metaforę – utwór opowiada bowiem o kobiecie z niezwykle silnym charakterem, dominującej i agresywnej, pod której wielkim wrażeniem jest spragniona jej wdzięków ofiara – Bon. Ostatni numer to tytułowe „High Voltage”. Piosenka która ukazała się jako singiel już PO wydaniu australijskim przez co wielu fanów było bardzo rozczarowanych po zakupieniu albumu. Niemniej jednak na szczęście w wydaniu tu omawianym mamy już tą piosenkę. Świetny kawałek który jest rewelacyjnym opisem wszystkiego tego, co przedstawia sobą zespół AC/DC. Nie ma sensu go omawiać, absolutnie każdy fan zespołu, nawet ten znający tylko „Thunderstruck” i „Highway to Hell” ma obowiązek posłuchać tej piosenki i przyglądnąć się jej tekstowi, albowiem zarówno piosenka „High Voltage” jak i płyta „High Voltage” są definicjami zespołu AC/DC.
GambiT |






