AC/DC – „Stiff Upper Lip”

To pierwszy album na który czekałem już jako fan AC/DC. Po pięciu latach od niezbyt dobrze ocenianego Ballbreaker’a ukazał się Stiff Upper Lip. Mając już na karku równe 20 lat cieszyłem się jak małe dziecko, które dostało od taty na urodziny metalowy samochód miniaturkę firmy matchbox.
Był rok 2000, ledwo ludzie otrząsnęli się z groźby końca świata, milenijnych pluskw, przepowiedni Nostradamusa o 3 wojnie światowej, a tu najwspanialszy zespół na Świecie wydał swą najnowszą płytę. Producentem został jeden z braciszków, znany już z poprzednich płyt, George Young.
Jak to już bywało wcześniej w historii naszych piorunów w Australii album został wydany w postaci dwupłytowej edycji, natomiast w Europie i USA jako jednopłytowe wydanie. Oprócz trzech utworów z płyt singlowych: „Stiff Upper Lip", "Safe in New York City", i "Satellite Blues" na krążku znalazły się również "Meltdown", "House of Jazz", "Hold Me Back, "Can't Stand Still", "Can't Stop Rock 'N' Roll, "Damned", "Come and Get It, "All Screwed Up", "Give It Up". Australijskie wydanie zawierało natomiast kilka live’ów z kawałkami z płyty no 1, Back in black’a zaśpiewanego przez Johnsona na jednym z koncertów, trzy teledyski nakręcone do promowania singli oraz całej płyty a także tajemniczy kawałek „Cyberspace” , o którym narosło tyle legend, że ciężko byłoby mi je tutaj wszystkie przytoczyć.
Pod koniec 2001 roku został wydany film „Stiff Upper Lip Live” nagrany 14 czerwca 2001 na Olympiastadion podczas koncertu w Monachium. Tak, to ten sam film z Angusem w roli diabła na okładce.
Stiff Upper Lip to rasowa rock‘n’roll‘owa płyta, sex, drugs and rock'n‘roll i oto chodzi w tej płycie, kipi seksem, gorącą atmosferą. Jest fantastyczna. AC/DC odchodzi tutaj od ciężkiego rockowego klimatu końca lat 90 a zamiast tego chłopaki skupiają się nad tym co w rocku jest najlepsze. Nasi milusińscy w ogóle się nie zmienili, Angus skacze z gitarą jak mały szkolniak z brytyjskiej szkoły, a namaszczony przez Bona Brian nadal wykonuje swoja robotę najlepiej jak potrafi. Na perkusji zasuwa Phil Rudd, gitarą basową całkiem skutecznie zajmuje się Cliff Williams, no a gitarce rytmicznej jak zwykle i niezmiennie wymiata braciszek Malcolm.
Mógłbym tu opisywać każdy kawałek po kolei, mnożyć grafomańskie anegdoty tylko po co, to wszystko już było, a ja tylko mogę powiedzieć Wam drodzy czytelnicy jedno: odpalcie na waszym nowiutkim XXI wiecznym sprzęcie tą genialną płytę, włączcie głośność na maksa i poddajcie się wirowi , rytmice i brzmieniu takich kawałków jak „Can't Stop Rock 'N' Roll”, „Safe in New York City” czy jeden z moich ulubionych z tego krążka „Give It Up”. Życzę kilkudziesięciu minut poważnych uniesień melomańskich.
red. Michał Rosner vel Drizzt
|