Let There Be Rock
Written by GambiT    Thursday, 21 January 2010 16:02    PDF Print E-mail

AC/DC – „Let There Be Rock”

 

AC/DC - Let There Be Rock


Rok 1977. Po obu stronach Atlantyku wybucha punkowa rebelia. Młodzi, krótkowłosi muzycy jawnie deklarują niechęć do „wielkich” zespołów rockowych, które jeszcze kilka lat wcześniej wyznaczały nowe standardy i łamały wszelkie bariery. Prosta, momentami prostacka, agresywna muzyka(tak po prawdzie pełnymi garściami czerpiąca z gitarowego rhythm’n’bluesa połowy lat sześćdziesiątych) miała być odpowiedzią na faktycznie coraz nudniejsze i coraz bardziej pompatyczne „dzieła” gigantów pokroju Led Zeppelin czy Emerson Lake and Palmer. Inne hard rockowe, czy progresywne zespoły które tak wspaniale zadebiutowały na początku dekady również przeważnie były w kompletnym dołku albo już nie istniejąc, jak np. Deep Purple, albo zanotowali wyraźny spadek formy(Black Sabbath!), grupy którym udało się zachować popularność, jak np. wspomniane już Led Zeppelin i ELP, czy choćby Genesis stały się z kolei supergwiazdami, oddalonymi o lata świetlne od życia zwykłych ludzi, i choć członkowie tych grup nie musieli się obawiać o wyniki sprzedaży czy frekwencję na koncertach, to dla młodych, spragnionych nowych dźwięków fanów przestali być jakąkolwiek atrakcją. 
A co w tym czasie porabiali bracia Young i spółka? Otóż bracia Young, a także Bon Scott, Mark Evans i Phill Rudd, pod czujnym producenckim okiem(i uchem) tandemu George Young – Harry Vanda nagrali w 1977 swój czwarty(a pierwszy wydany na całym świecie w tym samym czasie, i mniej więcej w takiej samej wersji) album, zatytułowany po prostu „Let There Be Rock”. Poprzednia płyta AC/DC, czyli „Dirty Deeds Done Dirt Cheap”(1976 r.), choć generalnie jest dobrą pozycją, to jednak w momencie wydania mogła pozostawić pewien niedosyt, obok wspaniałych, mocnych numerów znalazło się tam kilka, całkiem zresztą przyjemnych, wypełniaczy, które niewiele wnosiły do heavyrockowego oblicza grupy. Na „Let There Be Rock” dla takich bezbarwnych „knajpianych” bluesów nie ma miejsca! Ten album, to zgodnie z tytułem, dawka ostrego rock’n’rolla w postaci czystej.

Mimo że AC/DC zasadniczo nie gra tutaj nic nowego – dalej jest to po prostu gitarowy rock’n’roll spod znaku Chucka Berry’ego – to z albumu bije niesamowita, wręcz zwierzęca siła, która sprawia że od pierwszych dźwięków otwierającego płytę „Go Down” aż chce się machać głową i podkręcić głośność na maxa. Właściwie poza nieco sennym „Crapsody In Blue” z „pijackim” wokalem Bona(który to numer i tak nie pojawił się na wszystkich wydaniach „Let there be rock”, ale o tym później) nie ma tu chwili wytchnienia, od początku do końca mamy ostre granie na maksymalnych obrotach, będące jakby rozwinięciem tego co na „Dirty Deeds…” reprezentowały utwór tytułowy i „Problem Child”. Także produkcja jest nieco ostrzejsza, płyta zawiera dość sporo dźwiękowego brudu… tak „cenionego” przez punkowców! I choć ciężko posądzać braci Young (zarówno gitarzystów jak i George’a) o punkowe sympatie, to jednak nagrania AC/DC z tego okresu do dziś cieszą się sporą sympatią wśród punkowej publiki, a w zasadzie identyczne brzmienie niedługo później Young i Vanda wykręcili dla świetnego Rose Tattoo.

Ale wracając do sedna – w zasadzie każdy utwór z „Let tere be rock” to prawdziwe arcydzieło. Otwierające album „Go Down” i „Dog Eat Dog” to ostre, chropowate, chamskie bluesowo – rock’n’rollowe boogie z wykrzyczanymi przez Bona tekstami. Utwór tytułowy, do dziś jeden z najważniejszych elementów koncertów zespołu to nieco ponad sześć minut gitarowego geniuszu braci Young, chyba nie ma sensu przytaczać tutaj anegdoty o tym jak to podczas nagrywania solówki do tego utworu wzmacniacz Angusa stanął w płomieniach, ale faktem jest, że ten kawałek to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy popis niewysokiego gitarzysty. „Bad Boy Boogie”, „Hell Ain’t a Bad place to be” i „Whole lotta Rosie” to absolutna klasyka i nie ma co się o tych utworach specjalnie rozpisywać, bo chyba wszyscy znamy je na pamięć. Wszystkie te trzy kawałki są po prostu idealne – wspaniałe riffy, mocna gra sekcji, Bon Scott w wielkiej formie.AC/DC - Let There Be Rock

Natomiast nieco niedocenionym utworem jeśli o „Let tere be rock” chodzi, pozostaje „Overdose”, chyba nigdy nie grany na koncertach. Według mnie jest to jeden z najlepszych utworów AC/DC, i zarazem wspaniały popis Bona – wokalisty, i Bona – tekściarza. Prawdziwa perełka. Warto może dodać, że bardzo udanie przypomniał ten utwór thrashowy zespół Exodus na albumie „Fabulous Disaster” z 1989 roku.

Jeszcze należy wspomnieć o tym, że poszczególne wydania albumu nieco różnią się od siebie. Wydanie australijskie ma zupełnie inną okładkę niż wszystkie pozostałe(za to na ogólnoświatowych wydaniach debiutuje używane do dziś „gotyckie” logo), wydanie europejskie różni się od australijskiego tylko okładką, natomiast fani w USA i Japonii dostali zamiast „Crabsody In Blue” nieco skrócony utwór „Problem Child” z poprzedniej płyty, co można wytłumaczyć tym, że LP „Dirty Deeds Done Dirt Cheap” w USA ukazał się dopiero w 1981 roku. Żeby nie było zbyt prosto, to większość kompaktowych Re-edycji zawiera „amerykański” zestaw utworów, czyli generalnie obecnie ciężko dotrzeć do „Crabsody In Blue”, ale mimo że utwór nieco odstaje od pozostałych, to jednak polecam właśnie tę wersję albumu.

Ponieważ muzyka to nie wyścigi, to ciężko stwierdzić czy „Let There Be Rock” to najlepsza studyjna płyta AC/DC (z pewnością nie zgodzą się z tym zwolennicy „Highway to hell i „Back In Black”), jednak na pewno jest album bardzo ważny. I to nie tylko dla kariery AC/DC, ale dla ostrej, hard(czy też heavy) rockowej muzyki w ogóle. W momencie gdy „tradycyjne” hard rockowe granie było w wyraźnym odwrocie, „świeża krew” w postaci właśnie „Let there be rock”, ale także „Sin After Sin” Judas Priest, debiutu Motorhead, „Taken By Force” Scorpionsów, czy „Lights out” UFO pozwoliła temu gatunkowi nawet nie tyle przetrwać, co dać impuls do odrodzenia, co nastąpiło na początku lat osiemdziesiątych za sprawą fali nowopowstałych zespołów heavymetalowych na całym świecie.



 

Tomash