For Those About To Rock (We Salute You)
Written by GambiT    Thursday, 21 January 2010 16:08    PDF Print E-mail

AC/DC – „For Those About To Rock (We Salute You)”

 

AC/DC - For Those About To Rock (We Salute You)


-Ramzes, weź no rusz dupę i zamiast chlać te twoje wiśniówki tudzież inne żołądkowe gorzkie zrób coś pożytecznego dla ludzkości i machnij jakąś fajną recenzję – rzekł pewnego dnia niejaki GambiT. Ramzes zdziwiony mrugnął przekrwionymi ślepiami, beknął przeciągle rozglądając się przy tym , czy gdzieś nie leżą jego okulary, (leżały obok , na szczęście) po czym otworzył kolejnego puszkowego „Żubra” , poskrobał się po nabiale, przeciągnął ręką po nieogolonej mordzie, nałożył okulary i lekko zachrypłym głosem zakomunikował:

-Się robi szefuńciu , recenzyjka będzie , ino tak nie od razu, bom ociupinkę zmorzony po wczorajszym.

-No dobra, dobra, poznaj moje chamskie serce, daje ci tydzień , ale jak nie napiszesz recenzji to…. – urwał znacząco GambiT wykonując jednocześnie charakterystyczny gest polegający na przeciągnięciu dłonią po szyi.

-Hai Toranaga-sama, będzie za tydzień , słowo, jakem rokendrolowiec – rzekł Ramzes pociągając zarazem solidnego łyka puszkowego „Żubra”…

Tym samym wstęp mamy zasadniczo za sobą, pora teraz przystąpić do konkretów. Oto bowiem mam napisać o jednej z moich ulubionych płyt australijskich BOGÓW rock and rolla (Lemmy wybacz!) . Płyta się zwie „For Those About To Rock” i ukazała się zimą czy też jak kto woli późną jesienią 1981 roku. Czyli tuż przed stanem wojennym. Nie ukrywam ze dzięki temu tenże stan wojenny w dużej mierze kojarzy mi się właśnie z tym albumem. Aczkolwiek spokojnie moi mili , tematem tej pracy nie ma być historia PRL-u, to pozostawiam fachowcom , ja mam pisać o muzyce.

Tak więc… AC/DC obok Motorhead było juz wówczas od jakiegoś czasu moim ulubionym zespołem. Nie było dnia żebym sobie z mojego sfatygowanego kaseciaka nie odpalał jakiejś płytki „acków” zaś na nudnych lekcjach w szkole rysowałem na ławkach za pomocą mazaka tudzież długopisa logo swoich ulubieńców. (żeby nie było - oczywiście dziś przypominając to sobie , rumienię się ze wstydu) Oczywiste więc było ze na nową płytę rzuciłem się jak wyposzczony rozbitek z bezludnej wyspy na roznegliżowaną cycatą blondynę. Od razu zaznaczam też ,że nie kupiłem sobie tej płyty, głównie dlatego że w tym kraju wówczas było to BARDZO TRUDNE , a nagrałem ją sobie z radia. I to w dodatku z radia … czeskiego. Tak, tak właśnie za pomocą mojego radioodbiornika doskonale odbierałem parę czeskich radiostacji na UKF-ie no a tak się złożyło ze Czesi puścili w radiu tą płytę o dwa dni wcześniej aniżeli nasza radiowa „trojka”

Tyle jeśli chodzi o „dawnych wspomnień czar” , więc teraz przejdźmy już do samej muzyki. Oto bowiem na dobry początek mamy … utwór tytułowy. Zaczyna się tak odrobinę niemrawo. Ale tylko odrobinę, bo potem nabiera jednak mocy , rzekłbym wręcz, że zarówno z powodu naprawdę „mocnego” czy też jak kto woli „ciężkiego” brzmienia a także z racji tego iż większość kawałka utrzymana jest w tempach średnio – wolnych brzmi on bardzo „masywnie” czy jak kto woli „walcowato”. Pewnie, daleko mu do ciężkości doom-metalowych „ciężarowców”, (tyle ze kto wówczas słyszał o takim gatunku muzyki??) niemniej jak na zespół hard- rockowy brzmi to naprawdę potężnie. W refrenie oczywiście tradycyjne ejsidisowskie chórki za które WSZYSCY bardzo kochamy ten zespół. W połowie 3 trzeciej minuty kawałka mamy solóweczkę , po której kawałek nabiera tempa , zaś minutę później słyszymy słynne – FIRE !! i zaraz potem pierwszy armatni wystrzał oddany na cześć „tych którzy czczą rocka” . Tych wystrzałów mamy tu w sumie 17 a sam kawałek już do końca rozpędza się na całego , zaś w końcowej fazie numeru Angus atakuje nasz system nerwowy pikantną solówką. O tym że jest to kawałek absolutnie kultowy chyba już pisać nie muszę. W charakterze ciekawostki napomnę jeno, iż trafił on swego czasu na pierwszą pozycję Listy Przebojów Programu III Polskiego Radia.AC/DC - For Those About To Rock (We Salute You)

Utwór nr 2 – „Put The Finger On You” – nic specjalnego , ale też nic złego , średnio szybki i łatwo wpadający w ucho. Nie drażni, nie wkurza, można go sobie nawet zanucić podczas skrobania kartofli, golenia , mycia szyb , zaspokajania swojej kobiety czy jakiejkolwiek innej domowej czynności. Jednak niczym szczególnym się nie wyróżnia.

Za to next song ”Let’s Gest It Up” to już jeden z większych hitów tego krążka , też swego czasu często katowany przez rozgłośnie radiowe. Trochę jakby nie „z tej płyty” bo jak się dobrze wsłuchać ( a zakładam ze słuch mam dobry) to można odnieść wrażenie jakby powstał on przy okazji tworzenia materiału na „Highway To Hell”. Zresztą nieważne, kawałek jest „śpiewny” , radosny, niezwykle energetyczny i bardzo przebojowy. I o to przecież chodzi, no nie?

Następny numer wprawdzie nie stał się hitem , nie był masowo grany przez rozgłośnie radiowe, i nie jest dziś grany na koncertach, jednak dla mnie jest ulubionym kawałkiem „acków”. „Inject The Venom” – bo o tym utworze mowa - to kawał solidnego rockowego „łojenia” o lekko nietypowej dla dokonań zespołu strukturze muzycznej (rzekłbym ze można się w nim doszukać „thrashowych zagrań, ale wiem że niektórzy się obruszą na takie stwierdzenie), choć oczywiście brzmienie gitar oraz głośne , chóralne zaśpiewki nie pozostawiają złudzeń co do tego, kto go gra. Czysta , nieposkromiona , naturalna MOC. I teraz ciekawostka. Wsłuchajcie się w refren… Czy waszym skromnym zdaniem chłopaki nie śpiewają tam „Chinczyk to pedał”?? Bo ja cały czas to właśnie WYRAŹNIE tam słyszę. Gwoli ścisłości nie tylko ja, bo moi „kumple z placu” też to słyszeli , łącznie z tymi którzy nie przepadali za zespołem i w ogóle taką muzyką. Jak się dalej dobrze wsłuchiwać, to na samo zakończenie Brian śpiewa wyraźnie „O, chińczyk to pedał , chińczyk się zlał” :D To tak w charakterze ciekawostki podaję J

Potem mamy porcję totalnej rock and rollowej jazdy bez trzymanki , czyli szybki , dynamiczny i …niespecjalnie skomplikowany „Snowballed” . Dodajmy do tego jedną z moich ulubionych solówek Angusa na tym krążku no i wychodzi na to iż jest to jeden z lepszych numerów na tej płycie.

Po szybkim kawałku trzeba trochę dla wytchnienia zwolnić tempo – taką chyba zasadę (z drobnymi od niej odstępstwami) - zdawali się wyznawać chłopaki przy ustalaniu kolejności utworów na płycie i dlatego po szybkim „Snowballed” mamy dużo wolniejszy „Evil Walks”. Jednak „dużo wolniejszy” w żadnym wypadku nie oznacza „balladowy” czy „smętny” – jest to kolejna porcja pierwotnej rockowej mocy , choć ok. 2:36 trwania kawałka mamy tutaj coś , co można by określić jako… „odrobinę bluesa ”, jednak po mniej więcej minucie wszystko wraca do „normy”. I tak do samego końca.

„C.O.D.” czyli „Code of the Devil” – mamy tu wszystko to , co sprawia ze muzyka tego zespołu czyni nas szczęśliwszymi ludźmi: nieskomplikowane riffy oraz wpadający w ucho refren okraszony chóralnym śpiewami. Po prostu piękne!

„Breaking The Rules” – czyli znowu zwolnienie tempa. Początek utworu… zaraz, zaraz, skąd my to znamy? No tak, całkiem podobnie zaczyna się przecież „Night Prowler” . Zresztą w moim odczuciu BTR to kawałek który jest kopią „NP.”, tyle ze nie tak całkiem wierną, albowiem pozbawiony jest tych bluesowych naleciałości „oryginału”. No i zagrany w nieco żywszym tempie, przez co też znacznie krótszy. Jeden ze słabszych utworów na tej płycie, ale ogólnie można posłuchać.

„Night of the Long Knives” i znowu nie mogę się pozbyć wrażenia, że kolejność utworów była układana na zasadzie „raz wolno, raz szybko”. O ile bowiem poprzedni numer był utrzymany w stosunkowo wolnym tempie, to ten numer jest zdecydowanie szybszy , przy tym oczywiście bardzo „śpiewny” (ach te chórki!) i rzekłbym nawet że niezwykle „skoczny” , zaś Angus ma w tutaj spore pole do solowych popisów. Nie wiem jak Wy, ale ja lubię ten numer.

I wreszcie kończący płytę „Spellbound”. Utrzymany w wolnym tempie , pod względem struktury trochę mi on przypomina „Let Me Put My Love Into You” z poprzedniej płyty „Back In Black” z tą jednak różnicą ze „Spellbound” nie dość że brzmi ciężej (albo jak kto woli „masywniej”) , to do tego jeszcze pobrzmiewa w nim jakiś taki niepokojący, rzekłbym wręcz transowy rytm. Ten kawałek na swój sposób wciąga i hipnotyzuje słuchacza i choć może nie jest to jakiś super nadzwyczajny numer , ale jako zakończenie albumu – pasuje idealnie. No i ma w sobie to „coś”…

Na koniec podsumowania słów kilka. „For Those About To Rock” to drugi album studyjny nagrany z Brianem Johnsonem. To – w mojej opinii – najcięższa „brzmieniowo” płyta AC/DC. Wg mnie także - po Back In Black oraz „The Razor’s Edge” – to najlepsza płyta studyjna nagrana z udziałem Briana. To także stosunkowo wyrównany album – są oczywiście utwory lepsze i gorsze, ale żaden z nich nie schodzi poniżej pewnego, dość wysokiego poziomu. Bardzo lubię tę płytę.

 

RamzeS