| Blow Up Your Video | ||||
|
AC/DC – „Blow Up Your Video”
Album „Blow Up Your Video” jest chyba obok „Ballbreakera” najbardziej niedocenioną płytą australijskiego zespołu rock’n’rollowego AC/DC. Chciałbym jednak najpierw skupić się na okolicznościach powstania krążka, który wrzeszczał na fanów, aby ci zniszczyli swoje odbiorniki. Pewnego dnia jeden z polskich fanów AC/DC zapytał mnie jaki moim zdaniem okres w historii AC/DC, oprócz śmierci Bona naturalnie, był dla nich absolutnie najcięższy. Zdając sobie sprawę z śmierci trzech nastolatków na ich koncercie i z tego, jak ciężko było im się z tym pogodzić, po zastanowieniu się podałem jednak czasy w których powstawało „Blow Up Your Video”. Sytuacja w zespole była wtedy po prostu fatalna… Przypominam, że przed powstaniem omawianego krążka AC/DC wydało chyba dwie najsłabsze płyty w swojej karierze, czyli „Fly On The Wall” oraz „Flick Of The Switch”. Wielu fanów zaczęło przekreślać przyszłość australijskich rockerów, zapowiadając ich staczanie się coraz niżej i niżej – i faktycznie wszystko wtedy na to wskazywało. Po rewelacyjnej sprzedaży „Back in Black” nakręconej przez śmierć Bona (smutne, lecz prawdziwe), AC/DC wydawało coraz słabsze krążki. Atmosfera więc robiła się nerwowa. Malcolm który znany jest z porwyczości i silnego charakteru sam przyznał, że album „Flick Of The Switch” nie jest rewelacyjny i był bardziej czymś w stylu „odpierdolcie się” w stronę krytyków i przeciwności losu. Jednak pociągnęło to za sobą konkretne konsekwencje – najpierw wytwórnia nie chciała wydać tej płyty, później Atlantic odtrącił Angusa i jego pomysł z wytłaczaną okładką „Flick Of The Switch”. Zaczęły się kłopoty finansowe zespołu a Malcolm Young, ostoja kapeli, przestawał nad sobą panować – jego problemy z alkoholem wymknęły mu się spod kontroli. Zespół ledwo stracił Rudda, a teraz miał jeszcze stracić oddanego managera, Iana Jeffery’ego – Mal przyćmiony przez alkohol źle osądził sytuacje, nie wytrzymał nerwowo i zwolnił Jeffery’ego. Mieli też za sobą koncert w Donnington z którego też nie byli zadowoleni. Angus otwarcie przyznał, że rozumie krytykę „Flick Of The Switch” podczas gdy jego starszy brat przewracał się pijany na scenie… Do tego zespół znów stał się oficjalnie „czcicielem szatana” w opinii mediów. W takich właśnie warunkach „dorastał” „Blow Up Your Video”. Podczas gdy obserwatorzy czekali na płytę, która oficjalnie zakończy karierę AC/DC w sposób żenujący, Angus i Malcolm siedzili w Sydney i od świtu do zmierzchu pracowali nad nowym albumem. Kiedy mieli już jako taki zarys płyty udali się do Londynu i próbowali zgrać się z resztą zespołu w Nomis Studios. Ostatecznie jednak nagrania miały miejsce we Francji, w studiu Miraval. Krytycy zostali zaskoczeni, gdyż AC/DC zamiast nagrać słabe dziecko słabych rodziców stworzyło album, który znów wyprowadził ich na prostą. Płyta ostro i bezpośrednio wymierzona przeciwko modzie na teledyski a także przeciwko zespołom z pięknie ostrzyżonymi włosami na których to skupiali się bardziej niż na muzyce. Brian znów wziął pióro do ręki a reszta sama przyszła. Biorąc na wzór odnoszący sukcesy kawałek „Who Made Who” AC/DC nagrało płytę, z którą poraz pierwszy od siedmiu lat, pojawili się w Australii. Koncerty ruszyły pełną parą i pomimo tego, że właśnie teraz Malcolm postanowił odsapnąć i zostawić na chwilę zespół aby zająć się swoimi problemami, AC/DC uderzyło w Stany Zjednoczone z wielką siłą i ze Stevem Youngiem na gitarze rytmicznej. Szaleństwo znowu się zaczęło i pomimo tego, że niemal na każdym koncercie AC/DC pojawiały się bójki wśród fanów i policji, płyta jak i jej trasa okazała się zbawiennym sukcesem i lekarstwem na wszystko to, co się ostatnio działo. „Blow Up Your Video” było dla AC/DC tym, czym było pojawienie się Briana po śmierci Bona – nadzieją, kiedy byli już na kolanach. Sama trasa amerykańska zarobiła ponad 20 milionów dolarów i objęła 110 koncertów w 105 miastach. Podczas koncertowania Angus znalazł się w samolocie do Holandii gdyż zamierzał odwiedzić rodziców swojej żony. Samolot wystartował - i został trafiony przez błyskawicę. Angus Young pomyślał pewnie, że to jego koniec, jednak moim zdaniem był to porządny kop w dupę od Bona, który walnął piorunem w „dziecko stwarzające problemy” aby ten ścisnął zespół za jaja i pokazał, że AC/DC to wciąż potęga rock’n’rolla, bowiem efektem tego wydarzenia była piosenka, która stała się już ikoną i symbolem AC/DC, ale o tym może kiedy indziej… Teraz trochę osobistych wrażeń – ciśnienie mi skacze kiedy słyszę, że „Blow Up Your Video” które wyprowadziło AC/DC na prostą jest nazywane najgorszą płytą w dorobku Acca Dacca. Moim zdaniem jest to wczesna, a nawet niekoniecznie gorsza, wersja „The Razors Edge”. Płyta zaczyna się od mocnego, szybkiego uderzenia od „dziewczyny, która szuka ciepła” podczas gdy Brian wrzeszczy na nas każąć przygotować się na porządny rock’n’roll („Are You Ready?”). Chwilę później następuje całkowita miazga w postaci „That’s The Way I Wanna Rock’n’Roll”. Niesamowicie mocna dawka energii wybuchająca w tym kawałku rozkłada na łopatki każdego słuchacza – według mnie jest to piosenka, którą śmiało można zaliczyć do tych najlepszych AC/DC i moim zdaniem to #1 na płycie. „Meanstreak” oraz „Go Zone” wprowadzają klimat oczekiwania, napięcie narasta, wsłuchajcie się w „Meanstreak” – ma w sobie coś przerażającego, coś się zbliża, Brian skrada się do waszych łóżek ze swoim porażającym wokalem - wkońcu „wchodzimy do strefy” jak śpiewa w następnym utworze. Kiedy napięcie sięga zenitu – nadchodzi łagodne „Kissing Dynamite” i „Nick Of Time” – fantastyczne utwory które podtrzymują stworzony już klimat oczekiwania i łagodnego zejścia z punktu kulminacyjnego. Podczas gdy słuchamy kolejnego „Some Sin For Nuthin’” i wydaje nam się, że przychodzi czas na spowiedź szczerą i mocne postanowienie poprawy Briana – ten przyznaje, że nie żaluje niczego, a kolejny „Ruff Stuff” krzyczy, że chce więcej ostrej zabawy w życiu! „Two’s Up” znowu usypia naszą czujność wmawiając nam, że tu już nic się nie wydarzy, łagodne gitary zdają się zamykać kolejną płytę AC/DC bez fajerwerków – ale nic bardziej mylnego. Słuchajac uważnie całej płyty wiemy już, że to zmyła – i tak też jest, gdyż ostatnim okazuje się być kawałek z największymi, ostrymi jajami pt. „This Means War” – nie chcesz z nimi wojować, nie wygrasz z potęgą gitar. Mocne uderzenie na koniec to coś, co musieli pokazać – wciąż żyją! Nie zamierzają już wdawać się w pyskówki i na złość krytykom odmrażać sobie uszy płytami podobnymi do „Flick Of The Switch” – AC/DC dojrzało! AC/DC przyjęło wszystko na klatę z podniesioną głową a teraz, na koniec, przypominają o potędze i sile swoich możliwości. Myślałeś, że chłopaki się skończą - a ONI znów są w formie, zamierzają grzeszyć bez celu, całować z siłą eksplozji dziewczynki, które szukają ciepła, chcą ostrej zabawy bo właśnie w ten sposób chcą żyć rock’n’rollem – i to oznacza wojnę!!!
GambiT |






