Highway to Hell
Written by GambiT    Thursday, 21 January 2010 16:18    PDF Print E-mail

AC/DC – „Highway to Hell”

 

AC/DC – „Highway to Hell”


”Highway to Hell” to piąty studyjny album AC/DC. Wydany pod koniec roku 1979. Poprzednią płytą była „Powerage” pozytywnie oceniona przez krytyków i fanów. Bracia Young zrezygnowali ze współpracy z Henrym Vandą i Georgiem Youngiem. Szukając producenta zespół najpierw wybrał Eddiego Kramera, jednak zanim cokolwiek wspólnie nagrali, nowym producentem został Robert John „Mutt” Lange ze studia RoundHouse Studios w Londynie. Przed nagraniem utworów na tę płytę bracia wraz z Bonem i Lange’em przysłuchiwali się przebojom lecącym w radio. Chcieli nadać albumowi bardziej „popowy” klimat, jednocześnie nie zrywając z surowym rock’n’rollem. Nie uświadczymy tutaj „brudnych” zagrań rodem z Dirty Deeds Done Dirt Cheap lub „Let There Be Rock”. Piosenki na tym albumie są melodyjne, każde zagranie jest jakby fragmentem wielkiej układanki, w której o dziwo wszystko doskonale pasuje. Kluczem do sukcesu jest właśnie wyrafinowane granie, wpadające każdemu od razu w ucho. Jedna z niewielu płyt w historii muzyki, gdzie każdy utwór z powodzeniem mógłby być singlem i z każdym takim singlem zapewne odniosła by i tak ogromny sukces.

Otwarcie płytki to intrygujący riff Angusa z początku Highway to Hell. Od razu zostajemy pchnięci na autostrad do piekła…a to dopiero początek. Po szaleńczym rajdzie, prawdziwie mistrzowskiej solówce „Diabełka” i niesamowitej końcówce utworu z zawodzącym Bonem „and I m going down, I m on the Highway to Hell” zmieniamy tonacje. Ale nie tracimy prędkości. Wita nas ponownie rytmiczne zagranie w utworze „Girls Got Rythm”. Wraz z kolejnymi trzema utworami wg mnie najdelikatniejszymi, co nie znaczy, że wolnymi, czy pozbawionymi energii charakterystycznej dla grupy z Australii . Tekst bardzo w stylu AC/DC, można nawet powiedzieć, że zaczynający „wątek miłosny” na płycie. Kolejny „Walk All Over You” zagrany nieco „inaczej”…ale tylko na początku, po chwili przyśpiesza. Następnie „Touch Too Much”. Najbardziej „popowy” kawałek na płycie. Oczywiście przez pop rozumie się melodyjne, wpadające w ucho granie AC/DC, bo jednak to nadal pozostaje piękny, ostry rock’n’roll. „Shot Down In Flames”, czyli „dostałem kosza”, oczywiście tylko w tekście utworu, bo nadal szybkie granie przygotowuje nas do kawałka „Beating Around The Bush”. Po gitarowym intrze czuć moc. Ostrzejszy, bardziej krzykliwy wokal Bona Scotta jest świetną odskocznią, jednocześnie kapitalnie komponując się w ogólny klimat krążka.AC/DC – „Highway to Hell”

Podnosimy temperaturę przeskakując na „Get It Hot” i bez zwalniania wpadamy w track 8 – „If You Want Blond( You’ve Got It )”. Agresywny początek i bardzo skoczny, dynamiczny riff, a w refrenie wydzierający się Bon „Jeśli chcesz krwi, to będziesz ją miał !”. Po jeździe bez hamulców zwalniamy przed końcem płytki na utworze „ Love Hungry Man”. Porywający wokal i fajny refren, z gitarą nie tak wyraźną jak w innych utworach. Jednak tam jest i dodaje „pazura”. I na końcu drogi, spragnieni miłości i krwi, napaleni oraz utwierdzeni w przekonaniu, że dziewczyny mają rytm słyszymy początkowy riff finalnego „Night Powler”. To jest właśnie jeden z utworów, którym można dać miano „ z charakterem”. Fantastyczny klimat, trochę bluesowy wraz z charyzmatycznym wokalem Scotta świetnie pasującym do piosenki. Kończymy jazdę drogą do piekła zdaniem „Shazbot, na-nu na-nu” z popularnego sitcomu Mork & Mindy.

Tyle jeśli chodzi o samą muzykę. Warto wspomnieć, że piosenka „Night Powler” była ulubioną piosenką słynnego „Nocnego Łowcy”- seryjnego mordercy z Californi. Płyta magiczna, na znakomitą większość ludzi nie działała tak negatywnie. Wręcz przeciwnie. Okazała się najlepszą dotychczas wydaną płytą AC/DC. Niestety była to również ostatnia płyta z tragicznie zmarłym wybitnym wokalistą i frontmanem Bonem Scottem.

Można powiedzieć, że Bonny tym albumem wprowadził zespół na autostradę, ale tym razem do ogólnoświatowej sławy, tym samym zwieńczając swoją epokę w zespole w niesamowitym stylu. Kolejnym albumem, który wyszedł z pod gryfu braci Young był „Back In Black” – przypieczętowanie światowego sukcesu i dalsza porcja ostrego rock’n’rollowego grania.

by Johnnie