Fly On The Wall
Written by GambiT    Thursday, 21 January 2010 16:19    PDF Print E-mail

AC/DC – „Fly On The Wall”

 

AC/DC – „Fly On The Wall”


W połowie lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku mimo, że muzyka spod znaku heavy metalu i hard rocka święciła ogromne triumfy, to „najwięksi” przedstawiciele takiego grania borykali się z pewnymi problemami. Niektóre z wielkich grup przezywały ewidentny kryzys, związany z ciągłymi zmianami składu(Black Sabbath, UFO, Motorhead), inni znów próbowali urozmaicić swoje granie, najczęściej poprzez zastosowanie tak modnych wówczas syntezatorów(Judas Priest czy nawet ZZ Top). Kolejna grupa wykonawców uległa z kolei kompletnemu zapomnieniu jak chociażby Nazareth.

AC/DC w tamtych czasach miało bardzo silna pozycję, wypracowaną dzięki świetnym, i – w dobrym znaczeniu tego słowa – komercyjnym albumom „Back In Black” i „for those about to rock”. Jednak nawet tak „tradycyjnego” wydawałoby się zespołu jak AC/DC nie ominęła do końca moda na „unowocześnienie” brzmienia. Tyle że bracia Young, na szczęście, zamiast zmiękczać syntezatorami swoje kompozycje postanowili… przywalić jeszcze bardziej niż zwykle. Czy był to słuszny zabieg? Chyba nie do końca, ale o tym za chwilę.

Wydany w 1983 roku, album „Flick of The Switch” zawierał kawał bardzo ostrej, „chropowatej” muzyki, i choć dziś oceniany jest dość wysoko, to w momencie premiery był przyjęty raczej chłodno. Następca tego albumu, omawiany tutaj „Fly on the Wall” z 1985 roku, to drugi z kolei, i póki co ostatni album wyprodukowany przez gitarzystów zespołu. I podobnie jak poprzednik jest to bardzo ostry album a w dodatku dużo cięższy od „Flick of The Switch”. Otwierający płytę utwór tytułowy atakuje słuchacza metalowymi dźwiękami i hałaśliwym, rozwrzeszczanym refrenem. Mimo że kogoś przyzwyczajonego raczej do starszych, bardziej bluesowych dokonań zespołu ten „walec” może troszkę odrzucić, to jest to jednak kawał porządnego rasowego grania, i świetnie sprawdza się jako „otwieracz” zarówno płyty, jak i koncertów, czego dowodem są liczne bootlegi z trasy promującej „Fly on the wall”.AC/DC – „Fly On The Wall”

Kolejny numer – „Shake Your Foundations” – to w zasadzie klasyczny kawałek AC/DC, typowy dla „ery Johnsona”, spokojnie mógłby się znaleźć na którejś z poprzednich trzech płyt. Dalej niestety nie ma już tak dobrze… „First Blood” to bardzo ciężki, potężny numer, z nietypowym jak na AC/DC refrenem, sekcja i gitara rytmiczna grają bardzo mocno, jednak numer nie do końca przekonuje, trochę to brzmi jakby AC/DC zapatrzyło się na swoich młodszych kolegów z Accept czy Motley Crue.

Przyciężkawy, lekko bluesujący „Danger” wydaje się z początku sympatyczny, jednak na dłuższą metę nudzi. Na szczęście piąty utwór na albumie, czyli „Sink the pink” to znów zwyżka formy, i granie nieco bardziej zbliżone do np. „Back In Black”. Inne udane utwory to „Hell or High Water”, i „Playing with girls”, z ciekawym motywem gitarowym w refrenie, który skojarzył mi się troszkę z Aerosmith. „Stand Up” chyba stara się być metalowym „hymnem” z refrenem do skandowania, jednak niezbyt przekonuje, a „Back In Business” i „Send for the Man” to raczej typowe, nie wyróżniające się niczym specjalnym, wypełniacze, których jednak przyjemnie się słucha. Nie napisałem do tej pory nic o wokalu – Brian Johnson po prostu robi swoje, choć „skrzeczy” chyba bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, co jednak pasuje do brzmienia płyty.

Ciężko ocenić ten album – z jednej strony „Fly on the Wall” w ogóle nie wytrzymuje porównania do klasycznych płyt zespołu, ale z drugiej jednak jest to kawał naprawdę solidnego, mocnego grania, który może spodobać się nie tylko fanom AC/DC. Jeśli musiałbym w szkolnej skali ocenić „Fly on the Wall”, to dostałby ten album, po starej znajomości, mocną trójkę z plusem.


Tomash