The Razor’s Edge
Written by GambiT    Thursday, 21 January 2010 16:20    PDF Print E-mail

AC/DC – „The Razor’s Edge”

 

AC/DC – „The Razor’s Edge”

 

Płyta “The Razor’s Edge” była dla mnie płytą szczególną. Z kilku zresztą powodów. Po pierwsze - ukazała się ona w dość szczególnym momencie historycznym. Oto bowiem upadła – nie tylko w naszym kraju – komuna i tym samym nowa płyta AC/DC ukazała się w Polsce (w wersji winylowej rzecz jasna) w tym samym czasie co na całym świecie. Po drugie: po kilku nieco jednak słabszych albumach , czyli „Flick of the Switch” , „ Fly On The Wall” a zwłaszcza chyba najsłabszej w latach 80-tych „Blow Up Your Video” AC/DC nagrało i wydało naprawde DOBRĄ , pełną hitów płytę. No i wreszcie po trzecie : po wydaniu tego krążka zespół ruszył w światową trasę odwiedzając po raz pierwszy – i niestety jak dotąd ostatni- nasz kraj , dzięki czemu miałem okazję zobaczyć koncert BOGÓW na najlepszym stadionie w Polsce, czyli Stadionie Śląskim. O tym jakie to było dla mnie przeżycie , chyba nie muszę nikomu pisać...

Muszę się w tym miejscu przyznać do... grzechu zwątpienia. Tak właśnie. Oto bowiem JA, czyli człowiek który w jakims tam sensie wychował się na muzyce AC/DC , w pewnym jednak momencie zwątpił w nich. Po dość srednich – choć nie pozbawionych dobrych momentów- albumach „Flick of The Switch” i „Fly On The Wall” oraz po słabiutkim „Blow Up Your Video” stwierdziłem ze to już koniec i że raczej nie ma się co spodziewać po tym zespole dobrych krązków. Jak bardzo myliłem się w swojej „fachowej” ocenie dowiedziałem się już po pierwszym przesłuchaniu „The Razor’s Edge”. Płyta bowiem zachwyciła mnie już od pierwszego przesluchania a przez pierwsze tygodnie po tym jak do mnie dotarła to właściwie niczego innego nie słuchałem.. Co w sumie nieczęsto mi się zdarzało. Do dziś dnia jest to jedna z moich ulubionych płyt AC/DC.

No dobra, może teraz słów kilka o samej muzyce. Rozpoczynający płytę „Thunderstruck”to absolutny „killer”i chyba największy przebój z tego krązka... Rozkręca się powoli – najpierw gitarowy prolog ozdobiony chórkami(THUNDER !!oooooooo!!THUNDER!! ooooooo!!), później – na zasadzie stopniowania napięcia - nabiera tempa by wreszcie w koncówce nabrać mocy eksplodującego wulkanu! Nie dziw ze ten utwór stał się jednym z „hymnów” czy też jak kto woli „klasyków” zespołu. Warto też wspomniec ,ze choć od pierwszych dźwięków można rozpoznać wykonawcę , to jednak jest to kawałek dość nietypowy żeby nie wręcz nie powiedzieć „nowatorski” jak na AC/DC. A przecież właśnie regresywny muzyczny konserwatyzm to jest to za co jak dotąd wszyscy kochaliśmy ten zespół.

Potem już nie ma przebacz – krótki ale bardzo konkretny numer „Fire Your Guns” który jest jak kop w dupsko. Tu już nie ma żadnego prologu czy też stopniowania napięcia – ostra, ozdobiona wgryzającą się w mózg solówką, rock and rollowa jazda od początku do końca!! To tygryski lubią najbardziej. Czemu ten kawałek nie stał się jakimś hitem – nie mam pojęcia, dla mnie to jeden z ulubionych numerów na płycie.

Potem mamy już nie tak dynamiczny , za to nie mniej przebojowy i drugi po „Thunderstruck” największy hit na albumie , mianowicie „Money Talks” z bardzo chwytliwym , zaśpiewanym w chórkach refrenem. Chyba tylko paralitycy, ewentualnie osoby z poważną wadą słuchu lub o maksymalnie spieprzonym guście muzycznym mogą przejśc obojętnie obok tego kawałka.

Wreszcie kawałek o którym znowu można powiedzieć ze jest dośc nietypowy jak na twórczość australijskich bogów rock and rolla, czyli numer tytułowy. Utrzymany w tempach raczej średnich , z chóralnie zaśpiewanym refrenem , oczywiście także od pierwszych dźwięków można rozpoznać wykonawcę, niemniej brzmi w nim jakaś taka... niespokojna nuta. To nie jest radosny , dynamiczny rock and rollowy numer. Przynajmniej nie do końca. Jedynie zaczynająca się w mniej wiecej 2:43 trwania kawałka solówka brzmi bardzo „ejsidisowsko” a co za tym idzie bardzo rock and rollowo

„Mistress for Christmas” to kolejny kawałek na plycie , tym razem – co już widać w tytule – utrzymany w „bożonarodzeniowym” klimacie,hehe. Rozkręca się powoli, powoli ale tak około 2giej minuty nabiera „rumieńców” , pod koniec zaś rozkręca się jeszcze bardziej. „"I want a women in the red at the bottom of my bed” – tak , w ten sposób to można spędzać swieta.AC/DC – „The Razor’s Edge”

Później mamy utrzymany w szybkim tempie, dynamiczny, czterominutowy „Rock Your Heart Out”, który jednak jakoś na mnie większego wrażenia nie robi. No nie wiem, nie mam się tu do czego przyczepić, kawałek jest bardzo „ejsidisowski”, niemniej specjalnie mnie nie rusza...

„Are You Ready” – w wersji winylowej rozpoczynający stronę B albumu to kolejny „killer” – niespecjalnie szybki a jednak bardzo energetyczny , a do tego zaśpiewany w chórkach refren aż prosi się o „akompaniament” . W tamtych czasach na rock and rollowych „prywatkach” to był jeden z najchętniej puszczanych i spiewanych przez uczestników imprez numerów. Jeden z moich faworytów!

Kolejny kawałek “Got You By the Balls” – gitarowy wstęp jako żywo przypomina „Highway To Hell” , ale na tym podobienstwa się kończą . Kawałek oczywiście bardzo ... konwencjonalny i typowy dla zespołu. Niczym się szczególnym nie wyróżnia,( co nie jest bynajmniej jakimś zarzutem ) i w moim odczuciu to taki przerywnik między przebojowym , poprzedzającym go „Are You Ready” a następnym w kolejności i równie przebojowym„Shot of Love”. I w tej roli sprawdza się znakomicie.

No i wreszcie dwa doskonałe , jedne z lepszych na tym krązku numery. Najpierw „Shot of Love”. Kapitalny “dialog” gitar Angusa i Malcolma (polecam słuchać na słuchawkach) i oczywiście znowu genialne chórki w refrenie oraz rozpoczynająca się gdzieś tak w 2:10 świetna solówka. Maksymalne stężenie rock and rolla...

I wreszcie ostatni naprawdę dobry numer na płycie czyli „Let’s Make It”. Znowu tempo utworu jest raczej średnio – wolne ,ale dzięki genialnym chórkom, numer jest bardzo energetyczny i przebojowy , można powiedzieć ,ze własnie te chórki stanowią o sile tego kawałka. Swietny numer ! Słuchając go za każdym razem nucę sobie refren.

O dwóch ostatnich na albumie utworach można napisać tylko tyle że ...są. “Goodbye and Good Riddance to Bad Luck” oraz “If You Dare” to w moim odczuciu typowe “wypełniacze” i dobrze przynajmniej, że znalazły się na końcu płyty...

Tutułem podsumowania :”The Razor’s Edge” to z jednej strony płyta bardzo typowa,wręcz charakterystyczna dla AC/DC , jednak z drugiej strony nie pozbawiona jakichś tam prób muzycznych poszukiwań i ... eksperymentów. Oczywiście o jakichś radykalnych zmianach stylu czy brzmienia nie mogło być mowy, niemniej jeśli się wsłuchać w „Thunderstruck” czy utwór tytułowy to słychać tam pewne” innowacje”. Ponadto , po kilku słabszych płytach , ten album jawi się jako płyta bardzo udana i jest to wg mnie , po „Back In Black” najlepszy album w dyskografii zespołu , jeśli chodzi o płyty nagrane z Brianem Johnsonem. No i wreszcie – jest to album pełen prawdziwego , energetycznego rock and rolla. I o to przecież chodzi...

Niniejszą recenzję sponsorowali :
-Lemmy
-Piwo „Żubr”
-Twój Stary

 

RamzeS