Ballbreaker
Written by GambiT    Thursday, 21 January 2010 16:21    PDF Print E-mail

AC/DC – „Ballbreaker”

 

AC/DC – „Ballbreaker”

 

Wydanemu w 1995 roku „Ballbreakerowi” towarzyszyły duże oczekiwania, po pierwsze dlatego, że płyta była następcą wspaniałego Razor’s Edge, a po drugie wrócił oryginalny perkusista – Phill Rudd. Dodatkowo zespół zaangażował bardzo znanego, cenionego i – nie bójmy się użyć tego słowa – wybitnego producenta jakim jest Rick Rubin. Dodajmy do tego naprawdę udaną okładkę i ogólnie ciekawą oprawę graficzną. Wszystkie te czynniki powinny dać świetny album. Niestety, stało się inaczej. Mimo że na pierwszy rzut ucha płyta broni się całkiem nieźle, to z każdym kolejnym przesłuchaniem wzrasta przeświadczenie, że coś tu jednak nie gra.

Otwierający album „Hard as a rock” to dobry numer, zresztą jak pamiętamy, był to pierwszy singiel z „Ballbreakera”, i zarazem naprawdę spory przebój. Ten kawałek to wszystko to co w AC/DC z Johnsonem najlepsze – ostry, świdrujący riff, chwytliwy skandowany refren i ogólnie duuużo czadu. Niestety dalej już nie jest tak różowo – drugi w kolejności „Cover You In oil” ma zarówno ciekawy refren jak i motyw każdorazowo ów refren poprzedzający… tylko co z tego, skoro niezbyt te dwa elementy pasują do siebie, a zwrotki są już zupełnie od czapy? Nie rozumiem czemu akurat ten utwór był jednym z singli promujących płytę. Zupełnie nietypowy dla AC/DC jest utwór numer trzy, czyli „Furor”, który jest dosyć… mroczny(!), ale nie jest to bynajmniej wada, partie gitar potrafią zachwycić, i momentami kojarzą się z typowo heavy metalowym graniem. Tylko Brian jakoś niespecjalnie odnajduje się w tej stylistyce, ale jak dla mnie i tak właśnie „Furor” jest najlepszym utworem na „Ballbreaker”. „Boogie Man” to niby nic specjalnego – typowy bluesopodobny, nie za szybki utwór, jakich pełno było np. na longplay’u „dirty deeds done dirt cheap”, tyle że tutaj mamy dodatkowo pewne motywy rodem z południa Stanów zjednoczonych, a sam kawałek to taki sympatyczny średniak – nic specjalnego, ale dobrze się słucha. „Honey Roll” rozpoczyna się ciekawym riffem, jednak utwór psuja troszkę monotonny wokal i taki sobie refren, szczerze mówiąc, słuchając „Ballbreakera” najczęściej pomijam ten, nieco przydługawy, fragment płyty. „Burning alive” z kolei to bardzo ciekawy utwór. Podobnie jak „Furor” zaczyna się dość ciekawym, „niespokojnym” riffem, potem, wraz z wokalem wchodzi bardziej typowe AC/DC, a następnie mocny refren, poprzedzony fajnym stopniowaniem napięcia. Na miejscu geniuszy z wytwórni płytowej wybrałbym ten właśnie utwór na singiel – do radia nadawałby się wyśmienicie!

Dalej następuje „potężny” „Hail Ceasar” ze skandowanym refrenem, dobry, bujający numer, pamiętany jednak głównie z zabawnego teledysku. Jakieś echa tego właśnie utworu słychać w przebojowym „War machine” z najnowszej płyty(„Black Ice”). „Love bomb” kontynuuje troszkę klimat „Furor” i „Burning Alive”, szkoda tylko, że ewidentnie zabrakło pomysłu na ciekawy refren. W „Caught in your pants down”, po dość zwyczajnym początku zespół mocno przyspiesza, co daje bardzo ciekawy efekt, i pozwala się obudzić po nudnawym „Love Bomb” ;) Przedostatni na płycie „Whiskey on the rocks” to z kolei wolniejsza kompozycja, która niestety kompletnie niczym się nie wyróżnia. I w ten sposób dochodzimy do finału płyty, czyli numeru tytułowego. „Ballbreaker” to jeden z najostrzejszych i najcięższych utworów w historii zespołu, gitarzyści, po spokojnym wstępie, momentami niemal zbliżają się do metalu, a Brian Johnson wrzeszczy w refrenie jak opętany… i o dziwo bardzo dobrze się to wszystko broni, mocne zakończenie takiej sobie płyty.AC/DC – „Ballbreaker”

Wydaje się, że przy okazji „Ballbreakera” AC/DC próbowało upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – czyli z jednej strony wrócić do ostrzejszego, bardziej bluesowego grania, a z drugiej odświeżyć nieco brzmienie(Rick Rubin…). Udało się to połowicznie. O ile w momencie premiery „Ballbreaker” był odbierany jako bardzo ostra, wręcz metalowa płyta, tak z dzisiejszej perspektywy ciężko nie zauważyć, że większość utworów pod względem kompozycyjnym wcale nie odbiega zbytnio od tego co znalazło się na „Razor’s edge”, ale niestety w większości nie są to kompozycje tej klasy co chociażby „Thunderstruck” czy „Moneytalks” z tamtego albumu. Także Rick Rubin raczej nie spisał się w przypadku „Ballbreakera” na medal – wprawdzie płyta brzmi dobrze i selektywnie, ale jednak ciężko się oprzeć wrażeniu, że kawałki zostały „zmetalizowane” nieco na siłę, a z drugiej strony momentami pojawiają się aranżacje, które po prostu średnio pasują do takiej grupy jak AC/DC. Na kolejnym albumie, czyli „Stiff Upper lip” zespół, już pod okiem George’a Younga, wrócił do tego w czym sprawdza się najlepiej, czyli do rock’n’rolla i bluesa. I choć generalnie wyszło to i zespołowi i fanom na dobre, to może troszkę szkoda, że pewne elementy zapoczątkowane na „Ballbreaker” nie doczekały się kontynuacji.

 

 

by Tomash